Marcin Kołodziejczyk, reporter związany z tygodnikiem „Polityka”, słucha mieszczan. Słucha, by idealnie oddać ich język. Idealnie, nie znaczy dosłownie, bo „Dysforia” przerysowuje, kieruje światło na to co charakterystyczne. I sprawia, że nie można być wobec niej obojętnym.

Dysforia_2

 

Każdy z piętnastu reportaży to mini portret autochtonów, „słoików”, pracowników korporacji, robotników, którzy kładą kafelki w nowych – koniecznie mieszczących się ultra bezpiecznych,  strzeżonych osiedlach – mieszkaniach pracowników korporacji. To portret accountów, managerów, uczestników grup terapeutycznych i leczących się samodzielnie, kolejnym drinkiem na balkonie (koniecznie w bloku z garażem podziemnym), nowych mieszczan polskich.

Dla mnie „Dysforia” to książka o braku. Braku więzi, marzeń, czasu na realizację tych nieistniejących marzeń. To także książka napisana językiem, który domaga się obecności, i który pokazuje, że reportaż można pisać inaczej, niż robią to autorzy skupieni wokół „Dużego Formatu”, czy publikujący w Czarnym. Mam jednak wrażenie, że „Dysforia” to książką hermetyczna. Pisana przez mieszczanina, o mieszczanach dla mieszczan. Książka, której nie czytałam „po kolei”. Losowałam jeden z niepowiązanych ze sobą reportaży i… różnie trafiałam. Były teksty świetne, w których przemawiało do mnie każe słowo, ale były i takie, których zupełnie nie poczułam. Ja, nowa polska mieszczanka. Słoik.

Dysforia – zaburzenie rozwojowe spowodowane brakiem odżywiania lub niewłaściwym odżywianiem tkanek lub narządów, prowadzące do powstawania w nich zmian zwyrodnieniowych, a w skrajnych przypadkach – zaniku (atrofii). Efektem ubocznym dystrofii jest spadek odporności na zakażenia.

Marcin Kołodziejczyk „Dysforia. Przypadki mieszczan polskich.” (Wielka Litera, maj 2015)

Moja ocena 7/10

Reklamy