– Tak w największym skrócie, to książka o rynku mieszkaniowym w Polsce – zareklamowałam 13 pięter koleżance – a ona popatrzyła na mnie z politowaniem.

– Jak można polecać książkę o rynku mieszkaniowym?

– Jeśli napisał ją Springer, to można.

Wzrok przyciąga genialnie zaprojektowana okładka. Szybkie przekartkowanie zawartości i w oczy rzucają się trzy zdjęcia. Pierwsze na początku, drugie w połowie książki i ostatnie – zamykające narrację. Czyli będą dwie części. Są. Pierwsza – historyczna. Springer zabiera nas do Warszawy lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Nie zwiedzamy jednak tej pięknej bogatej, rozwijającej się stolicy, lecz tę codzienną – brudną, pozbawioną kanalizacji, z jednoizbowymi mieszkaniami, w których tłoczy się czasami po siedem osób. Springer pisze: „Dwa pokoje, kuchnia i przedpokój – osiemnaście osób. Pięć lokali – czterdzieści osób, cztery – czterdzieści dwie osoby. W Warszawie lat trzydziestych te liczby właściwie nikogo nie dziwią. Biedota, czyli głównie stanowiący ponad połowę mieszkańców miasta robotnicy, mieszka ciasno.” Opowiada także o marzeniach Teodora Toeplitza i Bolesława Bieruta, którzy chcą budować spółdzielcze osiedla robotnicze; o problemach z finansowaniem tych inwestycji; o robotnikach, których nie stać na opłacenie rachunków za media podłączone do mieszkań, stąd czasami szukają lokali bez prądu i kanalizacji. Wszystkie te historie są ciekawe, choć chwilami mam wrażenie, że jest ich zbyt dużo. Męczą opisy kolejnych nieudanych pomysłów zaszczepienia spółdzielczości na polski grunt. Czasami mam ochotę przekartować klika stron, ale Springer pisze zbyt dobrym stylem, by rezygnować z lektury.

Druga część 13 pięter mówi o nas. To znaczy o mnie i moich znajomych, którzy już wzięli kredyt, zastanawiają się czy go brać lub po prostu wiedzą, że nigdy nie zapożyczą się w banku (zdecydowana mniejszość, uchodząca za dziwaków. „Po co wynajmować i płacić komuś czynsz, skoro wydając tyle samo możesz spłacać hipotekę”. – tłumaczą im ci już zapożyczeni). Springer przytacza różne historie. Jest para, która kupiła wspólnie mieszkanie. Po dwóch latach się rozstali, ale nie dla banku. Teoretycznie mogą sprzedać mieszkanie i spłacić zobowiązania, w praktyce wartość kredytu, zaciągniętego w erze taniego franka, zdecydowanie przewyższa wartość nieruchomości. Mieszkają więc razem (ona w sypialni, on w wydzielonym z kuchnio-jadalni pokoju) i czekają kiedy ten koszmar się skończy. Zostało im jeszcze 25 lat kredytu. Znajdziemy też historię dziewczyny wynajmującej suterenę, chłopaka, który przeprowadzał się ponad trzydzieści razy, i kilkanaście innych opowieści ludzi nie mających swojego miejsca na ziemi. Springer rozmawia także z deweloperami i pośrednikami sprzedaży mieszkań, którzy otwierają butelki szampana, gdy rząd ogłasza program „Rodzina na swoim”. Spiskowa teoria dziejów? Raczej nie. Książka krok po kroku, pokazuje kto zyskuje, a kto traci i dlaczego.

Jeśli myślisz o wzięciu kredytu, koniecznie przeczytaj 13 pięter, by wiedzieć na co się piszesz. Jeśli już masz kredyt – sięgnij po tę książkę, by przekonać się, że inni mają podobnie a nawet gorzej. Jeśli posiadasz własne mieszkanie odziedziczone po dziadkach/kupione przez rodziców/wygrane w totka – zapewne stać cię na to, by nabyć 13 pięter i dowiedzieć się jakim jesteś szczęściarzem. Jeśli decydujesz się na wynajem, a nie na kredyt – po przeczytaniu 13 pięter zyskasz nowe argumenty, gdy usłyszysz „Po co wynajmować i płacić komuś czynsz, skoro wydając tyle samo możesz spłacać hipotekę”.

Filip Springer, “13 pięter” (Czarne, sierpień 2015)
Moja ocena 7/10

Reklamy