„Sońka rozpaliła u pieczy. Przygotowała zupę mleczną z zacierką i solą. Zagrzała wody na herbatę. Zrobi mocną. Później weźmie się za kapustę z grzybami, jeśli starczy czasu i sił. W domu święto: gość, anioł, jak z wizyty u Abrahama.

Usiłuje sobie przypomnieć, jak ta wizyta się skończyła.

 Chyba jakoś niedobrze.”

A zaczęła się całkiem zwyczajnie. Sonia wracała do domu, na łańcuch prowadziła krowę. Szedł wieczór, czyli pora udoju. Na drodze, przed domem Sońki, stał młody mężczyzna. Za nim mercedes klasy S. Gość w tych stronach, rzecz niezwyczajna. Przyczynę wizyty wyjaśniała komórka „w bardzo najnowszym modelu” i brak zasięgu, czyli problem z wezwaniem assistance. Sońka jest już za stara, by znać się na samochodach, ale wystarczająco dużo przeżyła, by wiedzieć, że strapionemu wędrowcowi, należy pomóc. Zaprasza więc młodzieńca do domu, na ciepłe mleko. Siadają przy stole. Sońka opowiada – gość słucha. Wspomina dzieciństwo, śmierć matki, życie z ojcem i braćmi, i dzień, w którym ubrała najładniejszą, błękitną sukienkę i siadła na ławce przed chałupą. Pamięta go dobrze, bo nie zapomina się dnia w którym poznaje się miłość życia.

Miał na imię Joachim, piękne, niebieskie oczy, jasne włosy, twarz jak ciosaną, skórę różową. Był Niemcem, ona Białorusinką. Ławka stała na podlaskiej wsi Słuczanka*. Był 1941 rok. Wojsko kilka dni stacjonowało w tym regionie, Sońka i Joachim mogli się więc spotykać. Ich schadzki na moście były jak wyjęte z harleqina, ale w powietrzu wisiało już zło i niepewność. Mistrzostwo suspenu.

sońka

Sońka niby siedzi przy stole i opowiada, ale jakbyśmy oglądali ją w teatrze. Igor niby słucha, ale w głowie ustawia aktorów na scenie. Wszystko dlatego, że miejsc i czasów akcji w Sońce jest kilka. Jest czas spotkania z Igorem, czas wojenny i czas, który dopiero nastąpi – premiery sztuki teatralnej, opartej na życiu Sońki. Czasy te przenikają się, istnieją obok siebie.

Nic w tej książce nie jest oczywiste, choć niektórzy uważają, że niemal wszystko jest przewidywalne, odpowiadające na literacką modę http://www.dwutygodnik.com/artykul/5262-krowa-a-literatura.html.

Być może, ale ja dałam się tym zabiegom uwieść.

Siedziałam z Sońką w chacie, karmiłam z nią kury, stałam obok gdy mówiła ojcu i braciom, że jest w ciąży. Byłam z nią i w tych złych chwilach, bo drastycznych scen przemocy jest w książce wiele. Uważnie patrzyłam także na jej historię przetworzoną na sztukę teatralną, bowiem zabiegi, które stosuje Karpowicz, nie tylko nie pozwalają odróżnić prawy opowiadanej od prawdy odgrywanej, ale pokazują, w jaki sposób popkultura przekłada historię jednostki na rzecz ogólnie dostępną i podlegającą ocenie. Recenzenci sztuki wyreżyserowanej przez Igora, nie skupiają się na tym co przeżyła Sońka, nie współczują jej. Oceniają jak wyglądała premiera, czy w opowieści zachowano parytet, jak przedstawiono Żydów, jak Polaków, jak Niemców, a jak Białorusinów. Opisują kostiumy i rekwizyty.

Poza totalnym wsiąknięciem w świat opisywany przez Karpowicza, nie mogłam się pozbyć myśli, że Igor „wykorzystuje” Sońkę, tak jak reporter „wykorzystuje” swojego bohatera. Siedzi, słucha, namawia do wspomnień, bierze z nich to co najlepsze. Pisze. Potem znajduje kolejnego bohatera, znów słucha, namawia do zwierzeń, pisze. Potem odchodzi. Ale tak, jak dzięki Sońce dowiadujemy się, wielu rzeczy o Igorze, tak reporterzy często wybierają bohaterów z jakiegoś powodu, który mówi wiele o nich samych.

*Słuczanka to rodzinna wieś Ignacego Karpowicza.

Ignacy Karopwicz, “Sońka” (Wydawnictwo Literackie, maj 2014)
Moja ocena 8,5/10

 

Reklamy