Barbara Radziwiłłówna, vel pan Hubert, mieszka na Śląsku, ma wąsy, nosi kolorowe koszule i prowadzi lombard. Pożycza gotówkę pod zastaw. A zastawić u niej można wszystko: stare lampy, meble, guziki, zegarki, perły. Są lata dziewięćdziesiąte i każdy kombinuje jak może. Barbara dorabia się. Sprzedawała już chryzantemy, co je najpierw z cmentarza wyniosła ale także filmy z kaset VHS puszczała.

Historię Barbary poznajemy jej oczami i jej słowami. Sama opowiada nam o sobie, albowiem spisuje swoje życie na komputerze, co go studentowi za długi zabrała.

Barbara stawia też karty, to znaczy wróży. Sobie i Saszce – Ukraińcowi z Krymu, co go pod dach przygarnęła, i co jej pomaga zwroty długu uzyskiwać i fanty przynosi. Wróży często, ale zawsze jednako jej wychodzi: paczkę otrzymie i życie jej się odmieni. Barbara jest również obrotna. Nie czeka na zmiany, tylko Saszkę to tu, to tam po pieniążki wysyła, złoto kupuje, w kaloryferach chowa, gotówkę liczy, aż jej czasami od tego liczenia staje, bo nic tak żądz Barbary nie rozbudza jak pieniądz. Ludziom Barbara nie ufa. Wie, że człowiek człowiekowi zazdrości zawsze. Ona też. A najbardziej jednemu, co to o raka dla niego Przenajświętszą Panienkę prosi, ale wyprosić nie może.

Któregoś dnia Barbara ma widzenie. Najświętsza Panienka jako żywa przed nią staje i do Lichenia wyruszyć nakazuje. Nie do śląskich Matek Boskich, co je bliżej czcić można, ale do Lichenia. Tak sprecyzowała. Barbara się waha czy by o cudzie telewizji nie zawiadomić, czy biletów nie kasować za wejście do świętego jej pokoju, w którym Matkę Boga zobaczyła, a za świętej ściany dotknięcie, dodatkowo nie liczyć. Wychodzi jej z tego wahania, że najpierw do Lichenia udać się trzeba. Perły prawdziwe, co je jedna dama w lombardzie zastawiła, przyodziewa na szyję, Saszce opiekę nad domostwem powierza, wsiada w samochód i w drogę, Panience wotum ofiarować. Ciemną nocą jedzie. Wtem sarna drogę zastępuję, auto w nią uderza, podróż przerwana. Dobrzy ludzie pomagają. Barbarę z samochodu wyciągają i już gdzieś w ciemny las wiozą.

Barbara Radziwiłłówna

Czy Barbara dotrze do Lichenia? Czy paczkę, co ją sobie wywróżyła, otrzymie? Czy życie swe odmieni? Zazdrości się wyzbędzie? Bogactwo większe posiądzie lub posiadane przehula? Tego wszystkiego dowiecie się czytając “Barbarę Radziwiłłównę z Jaworzna-Szczakowej” Michała Witkowskiego, który w 2007 roku, dostał za książkę Paszport Polityki. Barbara Radziwiłłówna nie jest reportażem, ale jakże pięknie, jakże celnie polską rzeczywistość rodzącego się kapitalizmu portretuje. Jaki język cudny, dowcip nieprzesłodzony, groteska i liryzm, rady życiowe i mądre. Lektura obowiązkowa dla każdego kto widział i lubi „Dzień Świra” Marka Koterskiego. Książka, którą czyta się, przede wszystkim, dla genialnego języka.

Smaczku całości dodaje fakt, że pan Hubert jest ponoć wzorowany na autentycznej postaci drobnego śląskiego cinkciarza, który usiłował być także gangsterem.

Michał Witkowski, „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” (wydawnictwo W.A.B, 2007 rok). Moja ocena 8/10

Reklamy