Zdarza mi się czytać i notować. Robię tak zawsze gdy litery układają się w zdania tak świetne, że chcę zatrzymać je na dłużej. Jeśli ich nie podkreślę lub od razu nie zapiszę, uciekną na zawsze. Książka – nawet po latach – zostaje w głowie. Majaczy niewyraźnie, pamiętam ją hasłowo, potrafię powiedzieć jakie wrażenie na mnie zrobiła. Zdania znikają już kilka minut po przeczytaniu. Chcę, by te z  najnowszej książki Ilony Wiśniewskiej „Hen. Na północy Norwegii” zostały.

„Napisałam na drzwiach: Zamknięte z powodu radości.” 
„Vardo jest tym,  co chce się o nim wiedzieć.” 
„Kobieta rozpromienia się na tyle, na ile pozwala jej stan zdrowia po zatorze płucnym.” 
„Zdjęcia,  figurki,  trofea,  statuetki,  wszystko to,  co wywalczyli razem, pokryte kurzem,  żeby nie zetrzeć jego odcisków palców,  resztek obecności.” 
„(…) garbi ją bezgraniczny smutek.” 
„To pozwala rozmawiać o niczym ważnym i o wszystkim błahym jednocześnie.” 
„(…) wojenne wspomnienia woleli przerabiać na wełniane swetry niż na opowieści.” 
„Jej oczy widziały Jezusa,  a tusz do rzęs rozmazał podłużną smugę na policzku.” 
„Nie jest łatwo prowadzić sklep z używanymi ubraniami w małym mieście,  bo ludzie widzą potem swoje ubrania na innych.”

I jedno z moich ulubionych: „Je, jak żyje,  małymi kęsami”.

No dobrze, to jeszcze jedno. Ostanie: „W obliczu natury łatwo znaleźć swoje miejsce w szeregu i nie chcieć się wychylać, bo stojąc za kimś, przynajmniej jest się osłoniętym od wiatru”.

„Hen. Na północy Norwegii” to druga, po „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” książka Ilony Wiśniewskiej. „Białego” niestety (jeszcze) nie czytałam. Skupię się na „Hen”, w którym Wiśniewska zabiera nas do Finnmarku, największego pod względem powierzchni i równocześnie najsłabiej zaludnionego obszaru Norwegii. Kraju, który zawsze wydawał mi się mlekiem i miodem płynący. Piękne krajobrazy, wysoka jakość życia, spokój, zorza polarna, brak konfliktów, no i renifery. Okazuje się jednak, że nawet na zimnej i dalekiej Północy buzują antagonizmy. Nikt nie lubi Saamów. Bycie Saamem było/jest powodem do wstydu, odkrycie Saamackich korzeni, budziło/budzi przerażenie.

„Według mocno zakorzenionego przez wieki w skandynawskiej mentalności mniemania cywilizacja kończyła się zaraz za kręgiem polarnym, a dalej mieszkali już tylko nordlendinger – północni. Niby Norwegowie, ale mówiący innym dialektem, prostolinijni i przez to prymitywni. Ten podział zachował się w wielu sferach życia do dziś (…)” – pisze Wiśniewska. Saamowie na co dzień noszą kolorowy strój ludowy gákti, śpiewają joik. Powoli podnoszą głowy, nie wstydzą się tradycji, ale nadal pozostają tym Innym, dziwnym, wyśmiewanym narodem w nieco ponad pięciomilionowym kraju.

Choć Wiśniewska patrzy na Północ z różnych perspektyw i pięknym, literackim językiem opowiada historie napotkanych ludzi, „Hen” jest dla mnie książką o Innym. Pokazuje, że nie trzeba uciekać z ogarniętej wojną Syrii do Europy, by zyskać status obcego, nierozumianego, gorszego. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć.

Ilona Wiśniewska „Hen. Na północy Norwegii” (wydawnictwo Czarne, kwiecień 2016). Moja ocena 8,5/10.

 

Reklamy