Ziemowit Szczerek, laureat Paszportu „Polityki”, autor nominowany do nagród Nike i Angelus, wyrusza w fantasmagoryczną podroż na Ukrainę. Jedzie i pisze. Takie przynajmniej wrażenie odnosi czytelnik „Tatuażu z tryzubem”. Nie, że pojechał, wrócił, siadł przy biurku i napisał. Nic z tych rzeczy. Szczerek porusza się na granicy snu i jawy i ten stan graniczny fantastycznie maluje słowem. Styl jego doskonały, choć dosadny, ale do opisywanego świata idealnie pasujący. Szczerek nie zmyśla, nie kreuje, Szczerek obrazuje, choć gdy patrzę jego oczami na miejsca, w których  byłam kilka lat temu (nie, że we wszystkich, ale jednak), wiedzę inną Medykę, inny Lwów, inny Przemyśl nawet. Barwniejsze. Tak barwne, że nie chcę ich stracić z pola widzenia. Chcę o nich czytać. I się nie dopada mnie znużenie, które – niestety – kazało mi odkładać książkę, gdy zAndrzejem Stasiukiem jechałam do Babadag. Pisanie Szczerka jest trochę jak pisanie Stasiuka, z tym, że Szczerek częściej robi przystanki i przełamuje oniryczną podróż reporterskimi obserwacjami.

Otwieram „Tatuaż z tryzubem” i mam wrażenie, że wkładam lewą stopę do szafy, bo u mnie to lewa zawsze robi pierwszy kok, potem prawą i znów lewą, i już jestem… nie, nie w Narni, a w kraju, który buzuje. I to dosłownie, bo Szczerek wyrusza na wschód gdy na Majdanie czuć już swąd palonych opon.

Tatuaż_z_tryzubem_Z.Szczerek_2„Szliśmy więc przez opuszczone ulice, a ja myślałem: kto teraz tym wszystkim rządzi, Majdan? Tysiące kolesi z pałami i z tarczami zajebanymi Berkutowi? Postapokaliptyczna sicz kozacka? Kto jest policją, kto wywiezie śmieci, kto sprawi, że wszystko, cały ten państwowy będzie dalej działał? Bo przecież nie było głowy, a ja, dureń, zapomniałem, że państwo jest jak karaluch, że będzie żyło i bez niej, dopóki, oczywiście nie umrze z głodu. 

Z jakiejś ulicy wyszła dziewczynka z małym pieskiem. W ogóle się nie przejmowała rewolucją, tym, że władzy nie ma, jaki Berkut, jacy snajperzy, jakie dachy, ona jest, kurwa, stąd, z okolicy, jak co dzień, pieska wprowadza. 

Zrobiło mi się trochę wstyd tego mojego strachu i poszedłem dalej.” 

By przeczytać powyższy fragment trzeba ze Szczerkiem przejść granicę w Medyce, dojechać do Lwowa i podążać dalej na wschód, drogami tak kiepskimi, że najpodlejsze trakty w Polsce C a nawet D, E czy F nie dorastają im do pięt. Ale niech dziury i wyboje nie odstraszają, bo podróż to arcyciekawa. A widoki? Zabudowane pleksją balkony, żółto-niebieskie przystanki, podobnie pokolorowane pomniki Lenina. Krajobraz wart podziwiania? Kwestia gustu. Na pewno łatwej go nie dostrzec niż przyglądać mu się z zainteresowaniem i wyjaśniać to zamiłowanie części Ukraińców do barw nieba i ciągnących się po horyzont pól pszenicy, bo tak właśnie interpretują oni kolory swojej flagi.

Nie czytałam wcześniej żadnej książki o Ukrainie, choć w ostatnich latach wydano ich kilka (np. „Zabić smoka” Katarzyny Kwiakowskiej-Moskalewicz czy „Wilki żyją poza prawem” Zbigniewa Parafianowicza i Michała Potockiego), ale gdy polska prasa żyła rewolucją na Ukrainie, śledziłam pojawiające się teksty i relacje. I miałam wrażenie, że rewolucjoniści malowani są tylko w jasnych kolorach. Szczerek chwilami dodaje im odrobinę szarości. I choćby dlatego warto przeczytać tę książkę.

Ziemowit Szczerek „Tatuaż z tryzubem” (wydawnictwo Czarne, listopad 2015). Moja ocena 8,5/10.

 

 

Reklamy