Byłam przekonana, że to będzie nudna książka. Bo co nowego można napisać o śmierci, o której przez lata mówiła cała Polska. Po Żeby nie było śladów sięgnęłam więc tylko za sprawą pozytywnych recenzji i wyróżnień, które książka zdobyła. Chwała tym recenzjom i nagrodom, bo to świetna książka jest.

Opowieść, którą dzień po dniu, zaczynając od czwartku 12 maja 1983 roku, snuje Cezary Łazarkiewicz już od pierwszych stron trzyma w napięciu i powoduje ścisk żołądka. Poznajemy Grześka, radosnego chłopaka, który dopiero co zdawał maturę pisemną z języka polskiego i z historii, i który idzie z kolegami na Plac Zamkowy oblać prawdopodobny sukces. Wygłupiają się, wchodzą sobie na plecy i wpadają w oko patrolowi MO. Policjanci próbują wylegitymować licealistów, ale Grzesiek nie chce pokazać dowodu. Twierdzi, że nie ma go przy sobie. Nie ma? To jedzie na komisariat. Policyjna nyska wiezie go na ulicę Jezuicką. Tam zostanie pobity. Trzy dni później umrze.

To nie koniec, a początek książki.

Żeby nie było śladów Cezary Łazarkiewicz odtwarza przebieg śledztwa, pokazuje jak działała machina propagandowa PRL-u, w którą zaangażowani byli między innymi, ówczesny minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak czy rzecznik rządu Jerzy Urban. Machina, która próbowała odwrócić winę od policjantów i przekierować ją na sanitariuszy, kolegów Przemyka, a nawet na matkę. Na kogokolwiek kto feralnego dnia zetknął się z Grzegorzem. Machina, której celem było znalezienie rys w życiorysie Grzegorza (narkoman i alkoholik), jego matki (działaczka antypaństwowa, alkoholiczka) i kolegów (narkomani i alkoholicy mający konflikt z prawem). Machina, która kleiła i kojarzyła zupełnie absurdalne na pierwszy rzut oka fakty, i która, mimo zgrzytów i chwilowych trudności, idealnie spełniała swoją rolę.

Żeby nie było śladów przypomina, że zbrodnia nie zawsze pociąga za sobą karę, a opinią publiczną i wymiarem sprawiedliwości można właściwie dowolnie manipulować. Czytając tę książkę czułam bezsilność, wkurzenie i z każdą stroną większe zdziwienie. Ale także zaczynałam rozumieć osoby, które mają potrzebę rozliczenia przywódców komunistycznych. Przecież polecenia nie wydawały się same. Książka świetnie pokazuje, że jednostka była (jest?) nikim wobec systemu. Zniszczenie życia kilku niewinnym ludziom by osiągnąć założony cel i odpowiednio przekierować podejrzenia, nie ma żadnego znaczenia. Jest efektem ubocznym większego planu.

Choć dla mnie najbardziej interesującym wątkiem jest opowieść o Barbarze Sadowskiej, matce Grzegorza Przemyka. Zapomnianej poetce uznanej za wroga Polski Ludowej. Kobiecie, która bardzo kochała syna, ale równie mocno lubiła sztukę, spotkania z przyjaciółmi w oparach dumy papierosowego i przy alkoholu, która prowadziła dom otwarty i dawała synowi więcej wolności niż potrzebował. Osobie kruchej, ale niepozwalającej się złamać. Ojca Grzegorza poznajmy jakby w przelocie, pobieżnie. Nie jest szkalowany przez władzę, nie interesuje się nim prasa. Zupełnie jakby nie istniał. Ale istnieje i kocha syna. Dlaczego o niego nie walczy?

Cezary Łazarkiewicz „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” (wydawnictwo Czarne, luty 2016). Moja ocena 8/10.

Reklamy