Utknęłam na 366 stronie. To było rok temu. Czytałam wtedy Morfinę Szczepana Twardocha. Do dziś zakładka nie przesunęła się ani o jedną kartkę. Tkwi na stronie 366.

– Ale Król jest inny – powiedziała koleżanka, która Morfinę kupiła dopiero po lekturze najnowszej książki Twardocha, i która Morfinę z trudem zmęczyła. A zmęczyła tylko dlatego, że lubi doczytywać książki do końca, więcej samozaparcia niż przyjemności było więc w tym czytaniu.

Sięgnęłam zatem po Króla. Początek, czyli jakieś trzydzieści, no może czterdzieści pierwszych stron, stawały mi okoniem w gardle. Nic nie chwytało, nie przyciągało. No nie klikało jak w przypadku przeczytanej wcześniej książki Cezarego Łazarkiewicza Żeby nie było śladów. Ale potem z Królem było już jakby lepiej. Zaczęłam nawet lubić Jakuba Szapiro, żydowskiego boksera, mordercę, apasza , zakapiora. Głównego bohatera. Wsiąkałam także w Warszawę lat 30-stych XX wieku – w Nalewki, w Wolę, w targowe życie na Kercelaku, w biedę i blichtr, w walkę o przerwanie i noce spędzane w burdelu u Ryfki, w rodzinne życie Jakuba i jego konkubiny Emilii. Poczułam tą historię, zaczęłam za nią podążać. Aż zapętliłam się w przemocy.

Przemoc, która jest – moim zdaniem – jednym z bohaterów książki, jest w Królu wszechobecna. Wali po głowie, bryzga krwią, bohaterowie się w niej rozsmakowują, sprawia im ona przyjemność, nie potrafią bez niej żyć. Zazwyczaj nie mają także wyrzutów sumienia, że komuś odrąbali rękę, obcięli nogi, a potem tak przygotowany kadłub pozbawili głowy. Przemoc jest częścią ich życia, tak jak są nią jedzenie czy oddychanie. Przemoc, oprócz wyrazistych i świetnie nakreślonych bohaterów, jest materią, z której Twardoch stworzył Króla. Dla mnie jednak chwilami było jej za dużo. Miałam wrażenie, że nie tylko wnosi nic nowego do historii, ale że z jej powodu opowieść wyhamowuje.

Chwilę za połową książki znużyła mnie ta przemoc okrutnie i już chciałam zaliczyć Króla do książek, których nigdy nie doczytam do końca, ale po kilku dniach dałam mu jeszcze jedną szansę. Przebrnęłam przez kartki, przez które trzeba się było przedrzeć i spotkała mnie nagroda. Akcja przyspieszyła, nastąpiło przełamanie, twist opowiadanej historii. Król mnie chwycił i trzymał już mocno do końca. Jednym słowem – warto.

Szczepan Twardoch „Król” (Wydawnictwo Literackie, październik 2016). Moja ocena 6,5/10.

Reklamy