Wszystkie dzieci Louisa to opowieść o holenderskim dawcy spermy oraz jego synach i córkach, które nazywają siebie Połówkami, i którym udało się odnaleźć dzięki rozwojowi medycyny i testom DNA. Temat elektryzuje, ale Kamil Bałuk nie goni za sensacją, stawia na misterną konstrukcję opowieści. Książkę czyta się więc jak dobry kryminał. Nie mogłam się od niej oderwać, choć przechodząc przez kolejne rozdziały wkurzałam się niemiłosiernie. Z równowagi wyprowadzała mnie bezmyślność matek, które decydowały się na dziecko z dawcy spermy i nie weryfikowały informacji przekazywanych przez lekarza; doktor Karbaat, który przybywające do prowadzonej przez siebie kliniki leczenia niepłodności pacjentki traktował jak klientki w sklepie; ojcowie, którzy, gdy okazywało się, że dzieci urodzone ze spermy dawcy mają ciemniejszy kolor skóry (a miały mieć biały) odchodzili od rodziny; i, w końcu, tytułowy Louis – ojciec około dwusetki dzieci. Gdy już wydawało mi się, że zrozumiałam punkt widzenia którejś ze stron, pojawiały się argumenty, które wytrącały mnie z tego przekonania.

Podczas lektury Wszystkich dzieci Louisa mój punkt widzenia zmieniał się wielokrotnie. Ta płynność i trudność z odpowiedzią na pytanie kto jest pokrzywdzonym a kto krzywdzi to jeden z ważniejszych argumentów by po tę książkę sięgnąć. Zaraz obok tego, że po skończonej lekturze zostaje więcej pytań niż odpowiedzi.

Kamil Bałuk „Wszystkie dzieci Louisa” (Wydawnictwo Dowody na Istnienie, kwiecień 2017). Moja ocena 8/10.

Advertisements